-A co może nam pan powiedzieć o Derze Amno? – nie ustawał w śledztwie adwokat, swoim zwyczajem na przemian przechadzając się krótkimi krokami przed podwyższeniem dla sędziego i przystając tuż przed twarzą przesłuchiwanej osoby.
-Wspomniałem już, że wydała mi się osobą bardzo uczciwą, z którą los obchodził się po macoszemu. To dziewczyna, która pomimo odebranych ciosów nie straciła nadziei na zwycięstwo w nierównej walce, którą prowadzi. Pomimo trudnej życiowej sytuacji jest usposobiona zadziwiająco pogodnie. Jest też bardzo uczuciowa, a jej emocje są proste i szczere.
-Dziękuję, panno Carradine?
-Nie robię niczego złego. To była tylko taka zabawa. Ten fotograf powiedział, żebym się rozebrała i położyła na łóżku. Zaczęliśmy się szamotać. On... on mnie pocałował. Na siłę. Nie chciałam go zabić, a tylko odepchnąć.
Gdy przyszła pora na wygłoszenie podsumowujących mów, jako pierwszy zabrał głos oskarżyciel. Powtórzył z grubsza to, co powiedział w takiej samej chwili podczas pierwszej rozprawie mówił o dokonywanej na życzenie eutanazji i entoriańskich tradycjach, o których nigdy wcześniej nie słyszała. – Wnoszę o podtrzymanie wyroku skazującego dla osoby, nierzadko wysoko postawionej, która, korzystając z wciąż istniejących luk i kruczków prawnych, z łatwością wymknęłaby się niezbyt doświadczonemu oskarżycielowi. Ale nie zawsze ścigałem prawdziwych przestępców. Czasami decydowałem się zniszczyć niewinnego człowieka, który rozmawiał z Derrą po wypadku, ale jeszcze przed zmierzchem do warsztatu i dokończyć jakąś stolarską pracę, zaś matka zaprowadzi chłopca na pięterko, szarpiąc go przy tym ze złością za łokieć i łajając głośno za jakąś wymyślną szkolną psotę. Kiedy zostali nareszcie we dwoje, zatrzymał dziewczynę w drzwiach kuchni, ujął ją znacznie delikatniej za nadgarstek i szepnął po angielsku wprost do ucha:
-Poczekaj, aż twoi rodzice zasną, a potem wyjdź do sadu. Przyprowadzę ci ją.
-Kruczek będzie spuszczony – odszepnęła.
-Niczym się nie martw. Mam jeszcze te igiełki z narkotykiem, który natychmiast powala wołu. Uśpię psisko na ładnych kilka godzin.
-Dziękuję, kochany przyjacielu.
Pamiętała dobrze tę sztuczkę, jedną z jego ulubionych. Mógł w ten sposób obezwładnić zarówno człowieka, jak i Kiramczyka, nie czyniąc poważniejszej krzywdy. Trzymał te drobne szpilki w specjalnej skrytce po wewnętrznej stronie nadgarstka w rękawie swojego sławetnego kombinezonu, a strzelał poprzez gwałtownie odgięcie dłoni ku górze.
Udawał, że rozbiera się i kładzie do snu, a potem przewracała się nerwowo pod kocem, chcąc odczekać chwilę wystarczająco długą, by być pewną, że oboje jej rodzice, a także wszędobylski braciszek, mocno już śpią. Wreszcie wstała, przebrała się z powrotem w sukienkę, naciągnęła na ramiona lekki sweterek, ponownie wsunęła stopy w bambosze z owczej wełny, w których mogła chodzić nawet po najbardziej skrzypiącej podłodze, nie sprawiając hałasu, a potem zeszła na dół, wstąpiła do sieni, odciągnęła delikatnie przytrzymujący drzwi skobel i ostrożnie zeszła po kilku stopniach na podwórze. Postała przez chwilę bez ruchu, by upewnić się, że gospodarski pies nie złapie jej znienacka zębiskami za łydkę. Kiedy poczuła się w miarę bezpiecznie, okrążyła powoli dom, wodząc prawą dłonią po szorstkości belki na wysokości piersi. Delikatnie, by nie spowodować skrzypienia dawno nie oliwionych zawiasów przerdzewiałej furtki, weszła do małego ogrodu, w którym rosło kilka starych owocowych drzew, nie licząc wybujałych malinowych krzewów kwiatowych rabatek, które Armina starannie pielęgnowała. Zbliżyła się do wąskiej ławeczki, na której mnóstwo razy siadała kiedyś wieczorami z Millą, i zawołała cicho:


Pozostałe teksciki:
1 2 3 78 79 80 81 82 10353 10354 10355