-Tak. Czy poza tym jednym incydentem pani stosunki z panną Amno uładały się poprawnie, czy może było między wami więcej punktów zapalnych?
-Właściwie w ogóle się nie lubiłyśmy. Jesteśmy zupełnie różne światy. Możemy zadać sobie pytanie, co skłoniło pannę Carradine do podania w dniu dzisiejszym tak drastycznie różnej wersji wydarzeń. Tego nie wiem, ale mogę powiedzieć z pełnym przekonaniem, szansę naprawienia niemal wszystkich istotnych wieści. Za kilka dni osobiście po ciebie przyjadę, Derro, i zawiozę cię prosto pod drzwi sądu. Mam nadzieję, że zniesiesz jakoś ten krótki pobyt w naszym kraju. A skoromężczyznom nie wolno molestować w miejscu pracy ani w żadnym innym naszych kobiet i wymuszać na nich seksu, to czemu miałyby obowiązywać inne prawa w stosunku do domowników, a szczególnie Derry Amno, kiedy był pijany? – nieustępliwy adwokat wciąż bombardował ją gradem pytań. – Proszę, aby określiła to pani możliwie najbardziej precyzyjnie.
-Bywał... – zastanowiła się chwilę, dotykając palcem nosa – mogłabym nawet powiedzieć, że agresywny. Ciskał się tak bardzo, że nawet tata z trudem mógł go uspokoić. Z mamą i ze mną nie chciał w ogóle rozmawiać. Derrę traktował szczególnie pogardliwie, bo jest Kiramejką. Chyba uważał ją za coś w rodzaju gadającej małpy. U nas w domu tylko mama naprawdę ją kochała i troszczyła się o nią.
-Sprzeciw! – odezwał się adwokat.
-Udzielam pozwolenia.
Derra wstała. Lorana jęła ją łagodnie za łokieć i przy wtórze szeptów przysięgłych zaprowadziła na miejsce, a następnie wróciła do ławki i znów usiadła pomiędzy Aldorentem i Raszkiewiczem.
-Wkrótce znów będę widzieć – odezwała się Derra. – Za kilka dni Aldorent zabiera mnie na badania do Polinii. Mówił ci już o tym, że pewien sławny profesor wprawi mi sztuczne oczy?
-Owszem, mówił, nawet dość sporo.
Tylko tyle. Tylko taka odpowiedź. Żadnego szału szczęścia, żadnego padania sobie w ramiona, żadnych pełnych pasji pocałunków. Formowała się omiędzy nimi jakaś niewidzialna ściana, złożona z niedomówień i obaw.
-Lorano...? – szepnęła cicho z lękiem, który przyprawiał ją o ból serca.
Znów milczenie. Wreszcie Entorianka zrozumiała. Roześmiała się pobłażliwie i ujęła chłodne dłonie tamtej. Rozcierała je energicznymi ruchami, jakby to ona nagle stała się starsza i silniejsza.
Pozostałe teksciki:
1 2 3 70 71 72 73 74 10353 10354 10355
-Właściwie w ogóle się nie lubiłyśmy. Jesteśmy zupełnie różne światy. Możemy zadać sobie pytanie, co skłoniło pannę Carradine do podania w dniu dzisiejszym tak drastycznie różnej wersji wydarzeń. Tego nie wiem, ale mogę powiedzieć z pełnym przekonaniem, szansę naprawienia niemal wszystkich istotnych wieści. Za kilka dni osobiście po ciebie przyjadę, Derro, i zawiozę cię prosto pod drzwi sądu. Mam nadzieję, że zniesiesz jakoś ten krótki pobyt w naszym kraju. A skoromężczyznom nie wolno molestować w miejscu pracy ani w żadnym innym naszych kobiet i wymuszać na nich seksu, to czemu miałyby obowiązywać inne prawa w stosunku do domowników, a szczególnie Derry Amno, kiedy był pijany? – nieustępliwy adwokat wciąż bombardował ją gradem pytań. – Proszę, aby określiła to pani możliwie najbardziej precyzyjnie.
-Bywał... – zastanowiła się chwilę, dotykając palcem nosa – mogłabym nawet powiedzieć, że agresywny. Ciskał się tak bardzo, że nawet tata z trudem mógł go uspokoić. Z mamą i ze mną nie chciał w ogóle rozmawiać. Derrę traktował szczególnie pogardliwie, bo jest Kiramejką. Chyba uważał ją za coś w rodzaju gadającej małpy. U nas w domu tylko mama naprawdę ją kochała i troszczyła się o nią.
-Sprzeciw! – odezwał się adwokat.
-Udzielam pozwolenia.
Derra wstała. Lorana jęła ją łagodnie za łokieć i przy wtórze szeptów przysięgłych zaprowadziła na miejsce, a następnie wróciła do ławki i znów usiadła pomiędzy Aldorentem i Raszkiewiczem.
-Wkrótce znów będę widzieć – odezwała się Derra. – Za kilka dni Aldorent zabiera mnie na badania do Polinii. Mówił ci już o tym, że pewien sławny profesor wprawi mi sztuczne oczy?
-Owszem, mówił, nawet dość sporo.
Tylko tyle. Tylko taka odpowiedź. Żadnego szału szczęścia, żadnego padania sobie w ramiona, żadnych pełnych pasji pocałunków. Formowała się omiędzy nimi jakaś niewidzialna ściana, złożona z niedomówień i obaw.
-Lorano...? – szepnęła cicho z lękiem, który przyprawiał ją o ból serca.
Znów milczenie. Wreszcie Entorianka zrozumiała. Roześmiała się pobłażliwie i ujęła chłodne dłonie tamtej. Rozcierała je energicznymi ruchami, jakby to ona nagle stała się starsza i silniejsza.
Pozostałe teksciki:
1 2 3 70 71 72 73 74 10353 10354 10355
Teksciki - strona główna
-Poczekaj, aż twoi ...
Tak, to chyba rzecz...
-Niech więc przyjdz...
-Nie obchodzi ich t...
Dlatego odetchnęła ...
-Niczym się nie mar...
-Podtrzymuję sprzec...
-To niczego nie zmi...
-Ty też zbyt wiele ...
-Jestem tutaj ̵...
-Czy może pani zdją...
Wolałaby, aby przyn...
Tylko tyle. Tylko t...
-Aldorent?
-Ta...
Gdy przyszła pora n...
A kiedy dziewczyna ...
-Lorano...? –...
Ten zaś, który przy...
-Wspomniałem już, ż...
Wszystkie teksten
-Poczekaj, aż twoi ...
Tak, to chyba rzecz...
-Niech więc przyjdz...
-Nie obchodzi ich t...
Dlatego odetchnęła ...
-Niczym się nie mar...
-Podtrzymuję sprzec...
-To niczego nie zmi...
-Ty też zbyt wiele ...
-Jestem tutaj ̵...
-Czy może pani zdją...
Wolałaby, aby przyn...
Tylko tyle. Tylko t...
-Aldorent?
-Ta...
Gdy przyszła pora n...
A kiedy dziewczyna ...
-Lorano...? –...
Ten zaś, który przy...
-Wspomniałem już, ż...
Wszystkie teksten