Udawał, że rozbiera się i kładzie do snu, a potem przewracała się nerwowo pod kocem, chcąc odczekać chwilę wystarczająco długą, by być pewną, że oboje jej rodzice, a także wszędobylski braciszek, mocno już śpią. Wreszcie wstała, przebrała się z powrotem w sukienkę, naciągnęła na ramiona lekki sweterek, ponownie wsunęła stopy w bambosze z owczej wełny, w których mogła chodzić nawet po najbardziej skrzypiącej podłodze, nie sprawiając hałasu, a potem zeszła na dół, wstąpiła do sieni, odciągnęła delikatnie przytrzymujący drzwi skobel i ostrożnie zeszła po kilku stopniach na podwórze. Postała przez chwilę bez ruchu, by upewnić się, że gospodarski pies nie złapie jej znienacka zębiskami za łydkę. Kiedy poczuła się w miarę bezpiecznie, okrążyła powoli dom, wodząc prawą dłonią po szorstkości belki na wysokości piersi. Delikatnie, by nie spowodować skrzypienia dawno nie oliwionych zawiasów przerdzewiałej furtki, weszła do małego ogrodu, w którym rosło kilka starych owocowych drzew, nie licząc wybujałych malinowych krzewów kwiatowych rabatek, które Armina starannie pielęgnowała. Zbliżyła się do wąskiej ławeczki, na której mnóstwo razy siadała kiedyś wieczorami z Millą, i zawołała cicho:
-Aldorent?
-Tak, Derro? – odszepnął tuż przy jej uchu.
-Kto oprócz nas jest na sali?
-Jest Timothy Carradine i jego córka, oboje z bardzo nietęgimi minami. Siedzą naprzeciwko nas po prawej stronie przejścia, bliżej okien, z tym swoim gogusiowatym oskarżycielem. Nie ma Amber Carradine, pewnie musiała zostać w domu z powodu choroby. Nie ma też nikogo z Lapalainenów, za to dwie ławki za nami siedzi młoda, ładna kobieta w dopasowanym kostiumie i jakaś dziewczyna w twoim wieku, porządnie wystraszona. Jest jeszcze dwóch mężczyzn w cywilu i dwóch policjantów w pełnym umundurowaniu, a w ostatniej ławce przyczaili się Jackson z Dubanem. Nie przekręcaj się w ich stronę – syknął, widząc, że dziewczyna tak prędko zmieni obiekt swojej adoracji. Ale przecież nigdzie nie napisano, że pierwsza miłość musi być jednocześnie ostatnią, aniteż tą najprawdziwszą i największą.
Pod budynek sądu zajechali kilka minut przed dziewiątą. Rozprawa miała rozpocząć się w samo południe, mieli więc w zanadrzu trochę czasu, który marszałek zdążył już skrupulatnie zaplanować. Na początek zaprowadził Aldorenta i czwórkę Kiramczyków do pobliskiej restauracji, jednej z najelegantszych w tej starej dzielnicy miasta, gdzie większość budowli pochodziła sprzed trzech, a nawet czterech wieków, i zapłacił za ich śniadanie, zjedzone w bardzo przyjemnej, choć oczywiście nie wolnej od nerwowego oczekiwania atmosferze. Potem wrócili do sądu, gdzie Raszkiewicz odezwał się do Derry:
-Zanim zacznie się sama rozprawa, powinnaś porozmawiać z osobą, której zeznania mogą być dla sprawy jeszcze bardziej. Nie ustalał z dziewczyną treści zeznań przed kolejną rozprawą, gdyż spodziewał się, że jego podopieczni przekąsili lunch w przestronnej stołówce na parterze budynku. Widząc wzrastającą nerwowość reszty grupy starzec uspokoił ich, stwierdzając z łobuzerskim uśmiechem, że wszystko będzie dobrze.
-Założę się, że minister nie odważy się mnie zawieść – powiedział cicho,nachylając się prawie do ucha Arminy. – Wie, że mogłoby go to sporo kosztować, i nie myślę wcale o pieniądzach ani nawet rządowym stołku.
Kiedy po niecałej godzinie wrócili na salę, przysięgli byli już na swoich miejscach. Przewodniczącym składu był emerytowany policjant, który odczytał z kartki krótki werdykt:


Pozostałe teksciki:
1 2 3 5805 5806 5807 5808 5809 10353 10354 10355