-Nie – odszepnęła wreszcie malarka. Derra mogłaby wciąż bez końca słuchać tej przepięknego, zmysłowego głosu. – Nareszcie jesteś bezpieczna. Od dzisiaj nie musisz... nie musimy donikąd uciekać.
-Tak, Lorano. Dzięki staraniom marszałka nic mi już nie grozi. Uczę się teraz, jak żyć bez myśli o pościgu.
-Ten Raszkewicz to wspaniały człowiek o wielkim sercu. Zawsze będę mu wdzięczna za to, co dla ciebie zrobił.
-Ja również jestem mu bardzo wdzięczna. Nie spodziewałam się od niego aż tak wiele sympatii, bo znałam go od innej strony. Jeszcze rok temu byłam dla niego tylko zabawką.
Znów zapadło milczenie. Rozmowa nadal się nie kleiła, zamiast spontanicznego wzajemnego dokańczania myśli i pełnej entuzjazmu dyskusji, które bez końca prowadziły w Quatessinie, wymieniały jakieś banalne uwagi na temat człowieka, który rozmawiał z Derrą po wypadku, ale jeszcze przed zmierzchem do warsztatu i dokończyć jakąś stolarską pracę, zaś matka zaprowadzi chłopca na pięterko, szarpiąc go przy tym ze złością za łokieć i łajając głośno za jakąś wymyślną szkolną psotę. Kiedy zostali nareszcie we dwoje, zatrzymał dziewczynę w drzwiach kuchni, ujął ją znacznie delikatniej za nadgarstek i szepnął po angielsku wprost do ucha:
-Poczekaj, aż twoi rodzice zasną, a potem wyjdź do sadu. Przyprowadzę ci ją.
-Kruczek będzie spuszczony – odszepnęła.
-Niczym się nie martw. Mam jeszcze te igiełki z narkotykiem, który natychmiast powala wołu. Uśpię psisko na ładnych kilka godzin.
-Dziękuję, kochany przyjacielu.
Pamiętała dobrze tę sztuczkę, jedną z jego ulubionych. Mógł w ten sposób obezwładnić zarówno człowieka, jak i Kiramczyka, nie czyniąc poważniejszej krzywdy. Trzymał te drobne szpilki w specjalnej skrytce po wewnętrznej stronie nadgarstka w rękawie swojego sławetnego kombinezonu, a strzelał poprzez gwałtownie odgięcie dłoni ku górze.
Udawał, że rozbiera się i kładzie do snu, a potem przewracała się nerwowo pod kocem, chcąc odczekać chwilę wystarczająco długą, by być pewną, że oboje jej rodzice, a także wszędobylski braciszek, mocno już śpią. Wreszcie wstała, przebrała się z powrotem w sukienkę, naciągnęła na ramiona lekki sweterek, ponownie wsunęła stopy w bambosze z owczej wełny, w których mogła chodzić nawet po najbardziej skrzypiącej podłodze, nie sprawiając hałasu, a potem zeszła na dół, wstąpiła do sieni, odciągnęła delikatnie przytrzymujący drzwi skobel i ostrożnie zeszła po kilku stopniach na podwórze. Postała przez chwilę bez ruchu, by upewnić się, że gospodarski pies nie złapie jej znienacka zębiskami za łydkę. Kiedy poczuła się w miarę bezpiecznie, okrążyła powoli dom, wodząc prawą dłonią po szorstkości belki na wysokości piersi. Delikatnie, by nie spowodować skrzypienia dawno nie oliwionych zawiasów przerdzewiałej furtki, weszła do małego ogrodu, w którym rosło kilka starych owocowych drzew, nie licząc wybujałych malinowych krzewów kwiatowych rabatek, które Armina starannie pielęgnowała. Zbliżyła się do wąskiej ławeczki, na której mnóstwo razy siadała kiedyś wieczorami z Millą, i zawołała cicho:
Pozostałe teksciki:
1 2 3 43 44 45 46 47 10353 10354 10355
-Tak, Lorano. Dzięki staraniom marszałka nic mi już nie grozi. Uczę się teraz, jak żyć bez myśli o pościgu.
-Ten Raszkewicz to wspaniały człowiek o wielkim sercu. Zawsze będę mu wdzięczna za to, co dla ciebie zrobił.
-Ja również jestem mu bardzo wdzięczna. Nie spodziewałam się od niego aż tak wiele sympatii, bo znałam go od innej strony. Jeszcze rok temu byłam dla niego tylko zabawką.
Znów zapadło milczenie. Rozmowa nadal się nie kleiła, zamiast spontanicznego wzajemnego dokańczania myśli i pełnej entuzjazmu dyskusji, które bez końca prowadziły w Quatessinie, wymieniały jakieś banalne uwagi na temat człowieka, który rozmawiał z Derrą po wypadku, ale jeszcze przed zmierzchem do warsztatu i dokończyć jakąś stolarską pracę, zaś matka zaprowadzi chłopca na pięterko, szarpiąc go przy tym ze złością za łokieć i łajając głośno za jakąś wymyślną szkolną psotę. Kiedy zostali nareszcie we dwoje, zatrzymał dziewczynę w drzwiach kuchni, ujął ją znacznie delikatniej za nadgarstek i szepnął po angielsku wprost do ucha:
-Poczekaj, aż twoi rodzice zasną, a potem wyjdź do sadu. Przyprowadzę ci ją.
-Kruczek będzie spuszczony – odszepnęła.
-Niczym się nie martw. Mam jeszcze te igiełki z narkotykiem, który natychmiast powala wołu. Uśpię psisko na ładnych kilka godzin.
-Dziękuję, kochany przyjacielu.
Pamiętała dobrze tę sztuczkę, jedną z jego ulubionych. Mógł w ten sposób obezwładnić zarówno człowieka, jak i Kiramczyka, nie czyniąc poważniejszej krzywdy. Trzymał te drobne szpilki w specjalnej skrytce po wewnętrznej stronie nadgarstka w rękawie swojego sławetnego kombinezonu, a strzelał poprzez gwałtownie odgięcie dłoni ku górze.
Udawał, że rozbiera się i kładzie do snu, a potem przewracała się nerwowo pod kocem, chcąc odczekać chwilę wystarczająco długą, by być pewną, że oboje jej rodzice, a także wszędobylski braciszek, mocno już śpią. Wreszcie wstała, przebrała się z powrotem w sukienkę, naciągnęła na ramiona lekki sweterek, ponownie wsunęła stopy w bambosze z owczej wełny, w których mogła chodzić nawet po najbardziej skrzypiącej podłodze, nie sprawiając hałasu, a potem zeszła na dół, wstąpiła do sieni, odciągnęła delikatnie przytrzymujący drzwi skobel i ostrożnie zeszła po kilku stopniach na podwórze. Postała przez chwilę bez ruchu, by upewnić się, że gospodarski pies nie złapie jej znienacka zębiskami za łydkę. Kiedy poczuła się w miarę bezpiecznie, okrążyła powoli dom, wodząc prawą dłonią po szorstkości belki na wysokości piersi. Delikatnie, by nie spowodować skrzypienia dawno nie oliwionych zawiasów przerdzewiałej furtki, weszła do małego ogrodu, w którym rosło kilka starych owocowych drzew, nie licząc wybujałych malinowych krzewów kwiatowych rabatek, które Armina starannie pielęgnowała. Zbliżyła się do wąskiej ławeczki, na której mnóstwo razy siadała kiedyś wieczorami z Millą, i zawołała cicho:
Pozostałe teksciki:
1 2 3 43 44 45 46 47 10353 10354 10355
Teksciki - strona główna
Drżała silnie na ca...
Ten zaś, który przy...
-Założę się, że min...
Następnego dnia po ...
-Dziękuję, kochany ...
-Nie – odszep...
-Byłam w domu sama ...
-Ależ ufam ci, Derr...
-A co może nam pan ...
Derra wstała. Loran...
Ten zaś, który przy...
-To niczego nie zmi...
-Przecież to niczeg...
Pamiętała dobrze tę...
-Bardzo się cieszę,...
-Zacznijmy w takim ...
-Udzielam pozwoleni...
Ten zaś, który przy...
-A co może nam pan ...
Wszystkie teksten
Drżała silnie na ca...
Ten zaś, który przy...
-Założę się, że min...
Następnego dnia po ...
-Dziękuję, kochany ...
-Nie – odszep...
-Byłam w domu sama ...
-Ależ ufam ci, Derr...
-A co może nam pan ...
Derra wstała. Loran...
Ten zaś, który przy...
-To niczego nie zmi...
-Przecież to niczeg...
Pamiętała dobrze tę...
-Bardzo się cieszę,...
-Zacznijmy w takim ...
-Udzielam pozwoleni...
Ten zaś, który przy...
-A co może nam pan ...
Wszystkie teksten