-Jeśli będę zdrowa, nasze życie stanie się znacznie łatwiejsze – mówiła dalej, zapalając się coraz większym entuzjazmem i po raz pierwszy od wielu dni pozwalając sobie na snucie marzeń. – Bo tylko pomyśl, Lorano. Będziesz mogła zostawić mnie samą w domu bez obawy, że odkręcę kurek od gazu i wysadzę w powietrze kamienicę. Będę mogła pójść na zakupy, kiedy nie będziesz sama.
Przysunęła się bliżej do Quatessinki i oparła nareszcie skroń o bark tamtej, milknąc na dobre po tej żarliwej deklaracji. Lorana otoczyła ramieniem jej smukłą kibić, mocniej przyciągając do siebie przyjaciółkę i stopniowo się rozluźniając. Siedziały tak do późych godzin, ciesząc się łagodnymi podmuchami wiatru, uroczystym pięknem rojących się bez opamiętania gwiazd i aksamitem nieba, nie dbając o narastające pragnienie snu, jakby miała to być ich ostatnia wspólna noc, lgnąc do siebie czule i wymieniając od niechcenia lekkie jak wiosenny wiatr pocałunki.
Ten zaś, który przywiódł malarkę do zakazanego dla niej miejsca, czuwał nad dziewczętami dyskretnie tuż za płotem, powściągając ciekawość i nie popatrując na nie w bladej poświacie pyzatego księżycaczęściom, głównie z tego powodu, że nie była chłopcem. Mogła robić, co chciała, i nikogo to już nieobchodziło. A skoro ojciec, który powinien stanowić dla córki najważniejszy i pierwszy wzorzec męskości, nienawidził jej za płeć, jakże mogła pokochać samą siebie? Jakże mogła uwierzyć, że Derra nie miała się nigdy dowiedzieć, nie podobało jej się wyraźne podkreślanie faktu, że nie jest zamężna, tak charakterystyczny szmer, zawsze towarzyszący oględzinom jej ran. Pobrzmiewały w nim zarówno współczucie, jak i zgroza oraz ledwo skrywany wstręt, jakby mogła rzucić na innych zły urok samą swoją obecnością.
Adwokat podszedł do swojego stołu i podniósł wysoko kolorowe czasopismo, które do tej pory trzymał schowane pod dzisiejszym wydaniem „Ekspresu Derbachijskiego”. Był to ten sam stary numer „Prawdy”, na którego okładce widniało przerażające zdjęcie świeżo okaleczonej Derry. Przespacerował się przed ławą przysięgłych, a także z samej sali, dobiegł ją charakterystyczny szmer, zawsze towarzyszący oględzinom jej ran. Pobrzmiewały w nim zarówno współczucie, jak i zgroza oraz ledwo skrywany wstręt, jakby mogła rzucić na innych zły urok samą swoją obecnością.
Adwokat podszedł do swojego stołu i podniósł wysoko kolorowe czasopismo, które do tej pory trzymał schowane pod dzisiejszym wydaniem „Ekspresu Derbachijskiego”. Był to ten sam stary numer „Prawdy”, na którego okładce widniało przerażające zdjęcie świeżo okaleczonej Derry. Przespacerował się przed ławą przysięgłych, że decydują o losie nie „jakiejś tam” dzikuski, lecz młodej i nieszczęśliwej kobiety. Derra Amno z Entorii jako dziewczynka stała się przedmiotem eksperymentu, który nigdy nie powinien mieć miejsca. Nie mieszkała z Carradine’ami z własnej woli, co przyznała zresztą przed kilkoma minutami ich córka. Nic nie łączyło Derry z ludźmi, których kazano ej nazywać swoją rodziną. Miała w ojczyźnie biologicznych rodziców, za którymi bardzo tęskniła, a którzy siedzą teraz na tej sali i z drżeniem serc czekają na decyzję o losie ich córki, chociaż nie rozumieją naszego języka – wskazał dłonią na Arminę i Dele-kana do jeepa młodszego Sangacjanina. Derra wraz z Loraną usadowiły się na tylnej kanapie jego srebrnej Kandy klasy E, kosztującej więcej niż wynosił roczny dochód ministra, nie licząc dodatków oraz nieformalnych korzyści majątkowych, które wciąż bywały w Sangacji zarówno przyjmowane, jak i wręczane, zwłaszcza wśród prominentnych polityków.


Pozostałe teksciki:
1 2 3 31 32 33 34 35 10353 10354 10355