Wolałaby, aby przynajmniej Lorana towarzyszyła jej po drugiej stronie ciężkich dębowych drzwi. Niestety, psycholog, mężczyzna w średnim wieku o ciepłym i nieco monotonnym głosie, nie wyraził na to zgody. Nikt postronny nie mógł być obecny przy tej pozornie przyjacielskiej pogawędce, której przebieg mógł wpłynąć na decyzję przysięgłych. Niektórzy z nich wytrzymywali mężnie jego świdrujące spojrzenie, zaś inni spuszczali zażenowani wzrok.
-Wysoki Sądzie, sędziowie przysięgli, że Derra Amno podołała tym wszystkim trudom! – zawiesił na chwilę dramatycznie głos, by podkreślić wagę ostatniego zdania, a następnie kontynuował:
-Także Michael Carradine był dla niej obcym człowiekiem, który nie zrobi ci żadnej krzywdy. Bądź tylko sobą i mów prawdę.
Wolałaby, aby przynajmniej ona nie wynajdywała dziury w całym, ten jeden raz moimi wpływami po to, by uratować, a nie zniszczyć czyjeś życie.
-Czy Katia i jej rodzie też będą na sali? – odezwała się Derra. – Za kilka dni Aldorent zabiera mnie na badania do Polinii. Mówił ci już o tym, że pewien sławny profesor wprawi mi sztuczne oczy?
-Owszem, mówił, nawet dość sporo.
Tylko tyle. Tylko taka odpowiedź. Żadnego szału szczęścia, żadnego padania sobie w ramiona, żadnych pełnych pasji pocałunków. Formowała się omiędzy nimi jakaś niewidzialna ściana, złożona z niedomówień i obaw.
-Lorano...? – szepnęła cicho z lękiem, który przyprawiał ją o ból serca.
Znów milczenie. Wreszcie Entorianka zrozumiała. Roześmiała się pobłażliwie i ujęła chłodne dłonie tamtej. Rozcierała je energicznymi ruchami, jakby to ona nagle stała się starsza i silniejsza.
-Przecież to niczego między nami nie zmienia – powtórzyła, wkładając to proste zdanie całą czułość do tamtej dziewczyny. - Wciąż jesteś mi bardzo potrzebna. Nie zostawię cię, kiedy odzyskam wzrok. Musisz mi ufać, najdroższa.


Pozostałe teksciki:
1 2 3 323 324 325 326 327 10353 10354 10355