-Bardzo się cieszę, że to się tak rozstrzygnęło – odezwała się nareszcie malarka, oddając uścisk. – Nie, syrenko. Potrafię cię kochać zawsze. Tylko boję się, że...
-To się już nie bój – przerwała stanowczym głosem Derra, mając chęć wyśmiać dziecinne obawy Quatessinki, lecz z drugiej strony rozumiejąc doskonale, że musi teraz dodać partnerce otuchy. Działo się coś, co diametralnie zmieniało układ sił pomiędzy nimi i wystawiało tę asymetryczną do tej pory miłość, zbudowaną na opiece i nesieniu pomocy, na poważną próbę.
-To niczego nie zmienia – powtórzyła, wkładając to proste zdanie całą czułość do tamtej dziewczyny. - Wciąż jesteś mi bardzo potrzebna. Nie zostawię cię, kiedy odzyskam wzrok. Musisz mi ufać, najdroższa.
-Ależ ufam ci, Derro. Przecież wiesz, że całkowicie ci ufam.
-Jeśli będę zdrowa, nasze życie stanie się znacznie łatwiejsze – mówiła dalej, zapalając się coraz większym entuzjazmem i po raz pierwszy od wielu dni pozwalając sobie na snucie marzeń. – Bo tylko pomyśl, Lorano. Będziesz mogła zostawić mnie samą w domu bez obawy, że odkręcę kurek od gazu i wysadzę w powietrze kamienicę. Będę mogła pójść na zakupy, kiedy nie będziesz sama.
Przysunęła się bliżej do Quatessinki i oparła nareszcie skroń o bark tamtej, milknąc na dobre po tej żarliwej deklaracji. Lorana otoczyła ramieniem jej smukłą kibić, mocniej przyciągając do siebie przyjaciółkę i stopniowo się rozluźniając. Siedziały tak do późych godzin, ciesząc się łagodnymi podmuchami wiatru, uroczystym pięknem rojących się bez opamiętania gwiazd i aksamitem nieba, nie dbając o narastające pragnienie snu, jakby miała to być ich ostatnia wspólna noc, lgnąc do siebie czule i wymieniając od niechcenia lekkie jak wiosenny wiatr pocałunki.
Ten zaś, który przywiódł malarkę do zakazanego dla niej miejsca, czuwał nad dziewczętami dyskretnie tuż za płotem, powściągając ciekawość i nie popatrując na nie w bladej poświacie pyzatego księżycai słowa zaczynają mi się podobać, panno Carradine – wskazał jej dłonią plastikowe krzesło po drugiej stronie ciężkich dębowych drzwi. Niestety, psycholog, mężczyzna w średnim wieku o ciepłym i nieco monotonnym głosie, nie wyraził na to zgody. Nikt postronny nie mógł być obecny przy tej pozornie przyjacielskiej pogawędce, której przebieg mógł wpłynąć na decyzję przysięgłych. Niektórzy z nich wytrzymywali mężnie jego świdrujące spojrzenie, zaś inni spuszczali zażenowani wzrok.
-Wysoki Sądzie, sędziowie przysięgli – zwróciła twarz w stronę ław – uwierzcie mi. Jestem niewinna i chcę normalnie żyć. Tylko o tyle proszę. Nie chcę wciąż drżeć ze strachu przed ludźmi, którzy dniem i nocą przemyśliwują, jak mnie zabić. Błagam, nie pozwólcie im mnie skrzywdzić.
Drżała silnie na całym ciele, na nowo przeżywając w myślach wszystki okropne chwile. Mocno zacisnęła dłonie na drewnianej poręczy, kręcąc przy tym głową na lewo i prawo, jakby chciała dokładnie obejrzeć sobie wszystkich obecnych na sali o zajęcie miejsc.
Opadła z ulgą na twarde krzesło, czując tuż obok zwaliste ciało Squirrela. Dałaby teraz dużo za krzepiący uścisk dłoni Lorany, lecz brakowało jej śmiałości, by się odwrócić.
-Pragnę przypomnieć, że dzisiejsze posiedzenie ma rozpatrzyć apelację wniesioną przez pana mecenasa Benjamina Squirrela, obrońcę Kiramejki Derry Amno oskarżonej o umyślne spowodowanie wspomnianej tragicznej śmierci Michaela Carradine.
Pozostałe teksciki:
1 2 3 28 29 30 31 32 10353 10354 10355
-To się już nie bój – przerwała stanowczym głosem Derra, mając chęć wyśmiać dziecinne obawy Quatessinki, lecz z drugiej strony rozumiejąc doskonale, że musi teraz dodać partnerce otuchy. Działo się coś, co diametralnie zmieniało układ sił pomiędzy nimi i wystawiało tę asymetryczną do tej pory miłość, zbudowaną na opiece i nesieniu pomocy, na poważną próbę.
-To niczego nie zmienia – powtórzyła, wkładając to proste zdanie całą czułość do tamtej dziewczyny. - Wciąż jesteś mi bardzo potrzebna. Nie zostawię cię, kiedy odzyskam wzrok. Musisz mi ufać, najdroższa.
-Ależ ufam ci, Derro. Przecież wiesz, że całkowicie ci ufam.
-Jeśli będę zdrowa, nasze życie stanie się znacznie łatwiejsze – mówiła dalej, zapalając się coraz większym entuzjazmem i po raz pierwszy od wielu dni pozwalając sobie na snucie marzeń. – Bo tylko pomyśl, Lorano. Będziesz mogła zostawić mnie samą w domu bez obawy, że odkręcę kurek od gazu i wysadzę w powietrze kamienicę. Będę mogła pójść na zakupy, kiedy nie będziesz sama.
Przysunęła się bliżej do Quatessinki i oparła nareszcie skroń o bark tamtej, milknąc na dobre po tej żarliwej deklaracji. Lorana otoczyła ramieniem jej smukłą kibić, mocniej przyciągając do siebie przyjaciółkę i stopniowo się rozluźniając. Siedziały tak do późych godzin, ciesząc się łagodnymi podmuchami wiatru, uroczystym pięknem rojących się bez opamiętania gwiazd i aksamitem nieba, nie dbając o narastające pragnienie snu, jakby miała to być ich ostatnia wspólna noc, lgnąc do siebie czule i wymieniając od niechcenia lekkie jak wiosenny wiatr pocałunki.
Ten zaś, który przywiódł malarkę do zakazanego dla niej miejsca, czuwał nad dziewczętami dyskretnie tuż za płotem, powściągając ciekawość i nie popatrując na nie w bladej poświacie pyzatego księżycai słowa zaczynają mi się podobać, panno Carradine – wskazał jej dłonią plastikowe krzesło po drugiej stronie ciężkich dębowych drzwi. Niestety, psycholog, mężczyzna w średnim wieku o ciepłym i nieco monotonnym głosie, nie wyraził na to zgody. Nikt postronny nie mógł być obecny przy tej pozornie przyjacielskiej pogawędce, której przebieg mógł wpłynąć na decyzję przysięgłych. Niektórzy z nich wytrzymywali mężnie jego świdrujące spojrzenie, zaś inni spuszczali zażenowani wzrok.
-Wysoki Sądzie, sędziowie przysięgli – zwróciła twarz w stronę ław – uwierzcie mi. Jestem niewinna i chcę normalnie żyć. Tylko o tyle proszę. Nie chcę wciąż drżeć ze strachu przed ludźmi, którzy dniem i nocą przemyśliwują, jak mnie zabić. Błagam, nie pozwólcie im mnie skrzywdzić.
Drżała silnie na całym ciele, na nowo przeżywając w myślach wszystki okropne chwile. Mocno zacisnęła dłonie na drewnianej poręczy, kręcąc przy tym głową na lewo i prawo, jakby chciała dokładnie obejrzeć sobie wszystkich obecnych na sali o zajęcie miejsc.
Opadła z ulgą na twarde krzesło, czując tuż obok zwaliste ciało Squirrela. Dałaby teraz dużo za krzepiący uścisk dłoni Lorany, lecz brakowało jej śmiałości, by się odwrócić.
-Pragnę przypomnieć, że dzisiejsze posiedzenie ma rozpatrzyć apelację wniesioną przez pana mecenasa Benjamina Squirrela, obrońcę Kiramejki Derry Amno oskarżonej o umyślne spowodowanie wspomnianej tragicznej śmierci Michaela Carradine.
Pozostałe teksciki:
1 2 3 28 29 30 31 32 10353 10354 10355
Teksciki - strona główna
Całe napięcie natyc...
-Lorano...? –...
-Profesor chce oper...
Znów milczenie. Wre...
-To się już nie bój...
-Nie cieszę się też...
Przypomniała sobie ...
-Masz rację, chłopc...
-Poproszę teraz obr...
Ten zaś, który przy...
-To niczego nie zmi...
-To się już nie bój...
-Poproszę teraz obr...
-Jestem tutaj ̵...
-Nie bój się. Zrobi...
-To kochana dziewcz...
Udawał, że rozbiera...
Powinna się cieszyć...
-Jeśli będę zdrowa,...
Wszystkie teksten
Całe napięcie natyc...
-Lorano...? –...
-Profesor chce oper...
Znów milczenie. Wre...
-To się już nie bój...
-Nie cieszę się też...
Przypomniała sobie ...
-Masz rację, chłopc...
-Poproszę teraz obr...
Ten zaś, który przy...
-To niczego nie zmi...
-To się już nie bój...
-Poproszę teraz obr...
-Jestem tutaj ̵...
-Nie bój się. Zrobi...
-To kochana dziewcz...
Udawał, że rozbiera...
Powinna się cieszyć...
-Jeśli będę zdrowa,...
Wszystkie teksten