-Lorano...? – szepnęła cicho z lękiem, który przyprawiał ją o ból serca.
Znów milczenie. Wreszcie Entorianka zrozumiała. Roześmiała się pobłażliwie i ujęła chłodne dłonie tamtej. Rozcierała je energicznymi ruchami, jakby to ona nagle stała się starsza i silniejsza.
-Przecież to niczego między nami nie zmienia – powtórzyła, wkładając to proste zdanie całą czułość do tamtej dziewczyny. - Wciąż jesteś mi bardzo potrzebna. Nie zostawię cię, kiedy odzyskam wzrok. Musisz mi ufać, najdroższa.
-Ależ ufam ci, Derro. Przecież wiesz, że całkowicie ci ufam.
-Jeśli będę zdrowa, nasze życie stanie się znacznie łatwiejsze – mówiła dalej, zapalając się coraz większym entuzjazmem i po raz pierwszy od wielu dni pozwalając sobie na snucie marzeń. – Bo tylko pomyśl, Lorano. Będziesz mogła zostawić mnie samą w domu bez obawy, że odkręcę kurek od gazu i wysadzę w powietrze kamienicę. Będę mogła pójść na zakupy, kiedy nie będziesz sama.
Przysunęła się bliżej do Quatessinki i oparła nareszcie skroń o bark tamtej, milknąc na dobre po tej żarliwej deklaracji. Lorana otoczyła ramieniem jej smukłą kibić, mocniej przyciągając do siebie przyjaciółkę i stopniowo się rozluźniając. Siedziały tak do późych godzin, ciesząc się łagodnymi podmuchami wiatru, uroczystym pięknem rojących się bez opamiętania gwiazd i aksamitem nieba, nie dbając o narastające pragnienie snu, jakby miała to być ich ostatnia wspólna noc, lgnąc do siebie czule i wymieniając od niechcenia lekkie jak wiosenny wiatr pocałunki.
Ten zaś, który przywiódł malarkę do zakazanego dla niej miejsca, czuwał nad dziewczętami dyskretnie tuż za płotem, powściągając ciekawość i nie popatrując na nie w bladej poświacie pyzatego księżycaeniem wiele aspektów swojego pożycia z Derrą, lecz uchyliła akurat tego rąbka tajemnicy. Raszkiewcz, pragmatyczny żołnierz, a jednocześnie miłośnik nauki, nie wierzył do tej pory w żadne cuda, lecz tym razem wzdragał się przed jego odrzuceniem. Kiram nie różnił się od Starej Ziemi jedynie stopniem rozwoju technologicznego i poziomem komplikacji stosunków społecznych. Podobnie niesamowite historie zdarzały się na tym globie od czasu do czasu, nie burząc porządku ustalonego przez naturę. Ten świat był dość obszerny, by znalazło się w nim miejsce zarówno dla prawideł fizyki, jak i bezpośrednich działań Siły Wyższej, zaś wśród samych Kiramczyków trafiali się osobnicy wystarczająco długą, by być pewną, że oboje jej rodzice, a także wszędobylski braciszek, mocno już śpią. Wreszcie wstała, przebrała się z powrotem w sukienkę, naciągnęła na ramiona lekki sweterek, ponownie wsunęła stopy w bambosze z owczej wełny, w których mogła chodzić nawet po najbardziej skrzypiącej podłodze, nie sprawiając hałasu, a potem zeszła na dół, wstąpiła do sieni, odciągnęła delikatnie przytrzymujący drzwi skobel i ostrożnie zeszła po kilku stopniach na podwórze. Postała przez chwilę bez ruchu, by upewnić się, że gospodarski pies nie złapie jej znienacka zębiskami za łydkę. Kiedy poczuła się w miarę bezpiecznie, okrążyła powoli dom, wodząc prawą dłonią po szorstkości belki na wysokości piersi. Delikatnie, by nie spowodować skrzypienia dawno nie oliwionych zawiasów przerdzewiałej furtki, weszła do małego ogrodu, w którym rosło kilka starych owocowych drzew, nie licząc wybujałych malinowych krzewów kwiatowych rabatek, które Armina starannie pielęgnowała. Zbliżyła się do wąskiej ławeczki, na której mnóstwo razy siadała kiedyś wieczorami z Millą, i zawołała cicho:
-Aldorent? Lorana?
-Jestem tutaj – usłyszała drogi szept, dobiegający z bardzo bliska. W milczeniu siadła na ławce obok Quatessinki, składając obie dłonie na podołku. Przez kilka chwil żadna z nich się nie odzywała. Siedziały tylko, ciesząc się urokiem życia.
Przypomniała sobie nienawistny szept Katii i to pogardliwe słowo, będące odpowiednikiem quatessińskiego melka. Poczuła się na krótką chwilę dziwnie nieswojo. Czyżby wraz z drastyczną zmianą otoczenia coś odchodziło bezpowrotnie, zostawiając je smutne i już stęsknione za piękną jak senne marzenie niedawną przeszłością, chociaż wciąż znajdujące nawzajem w sobie upodobanie?
-Bardzo się cieszę, że to się tak rozstrzygnęło – odezwała się Derra. – Za kilka dni Aldorent zabiera mnie na badania do Polinii. Mówił ci już o tym, że pewien sławny profesor wprawi mi sztuczne oczy?


Pozostałe teksciki:
1 2 3 15 16 17 18 19 10353 10354 10355