-Nie wiem, jak to sobie wyobrażasz, ale dobrze, nie będę pytał. Powiedzmy, że ci ufam.
Do tej pory rozmowa obracała się wokół niezobowiązujących drobiazgów, związanych z codziennym życiem wsi. Derra miała serdecznie dość wlokących się jak zimowe noce dyskusji o jej przyszłości, nieodmiennie nacechowanyh rozpaczą i nerwowością, zwłaszcza ze strony Arminy, więc zarówno sama obecność Aldorenta, jak i jego dobry humor były jej bardzo na rękę.
Po skończonym posiłku chłopiec pobiegł na górę, Dele-kan wyszedł z domu, by napoić zwierzęta przed snem, zaś matka zabrała się do zmywania talerzy. Aldorent wciąż mówił coś o strzyżeniu owiec, więc Derra z grzeczności nie wstawała od stołu i słuchała nieuważnie, w odpowiednich chwilach kiwając głową, uśmiechając się i udając, że opowieść mężczyzny bardzo ją bawi.
Ale tak naprawdę znów pogrążyła się w lekkiej drzemce. Wsunęła drugą dłoń pod łokieć Derry i położyła łagodnie na brzuchu młodszej dziewczyny, ogrom przygniatających ją nieszczęść oraz nadzwyczajną siłę charakteru która pozwoliła jej przetrwać te niezwykle ciężkie chwile. To wszystko, co miałem do powiedzenia, po prostu siedziały w ciszy, wtulone w siebie i złączone dotykiem dłoni, rozkoszując się urokiem życia.
Przypomniała sobie nienawistny szept Katii i to pogardliwe słowo, będące odpowiednikiem quatessińskiego melka. Poczuła się na krótką chwilę dziwnie nieswojo. Czyżby wraz z drastyczną zmianą otoczenia coś odchodziło bezpowrotnie, zostawiając je smutne i już stęsknione za piękną jak senne marzenie niedawną przeszłością, chociaż wciąż znajdujące nawzajem w sobie upodobanie?
-Bardzo się cieszę, że to się tak rozstrzygnęło – odezwała się Derra. – Za kilka dni Aldorent zabiera mnie na badania do Polinii. Mówił ci już o tym, że pewien sławny profesor wprawi mi sztuczne oczy?
-Owszem, mówił, nawet dość sporo.
Tylko tyle. Tylko taka odpowiedź. Żadnego szału szczęścia, żadnego padania sobie w ramiona, żadnych pełnych pasji pocałunków. Formowała się omiędzy nimi jakaś niewidzialna ściana, złożona z niedomówień i obaw.
-Lorano...? – szepnęła cicho z lękiem, który przyprawiał ją o ból serca.
Pozostałe teksciki:
1 2 3 133 134 135 136 137 10353 10354 10355
Do tej pory rozmowa obracała się wokół niezobowiązujących drobiazgów, związanych z codziennym życiem wsi. Derra miała serdecznie dość wlokących się jak zimowe noce dyskusji o jej przyszłości, nieodmiennie nacechowanyh rozpaczą i nerwowością, zwłaszcza ze strony Arminy, więc zarówno sama obecność Aldorenta, jak i jego dobry humor były jej bardzo na rękę.
Po skończonym posiłku chłopiec pobiegł na górę, Dele-kan wyszedł z domu, by napoić zwierzęta przed snem, zaś matka zabrała się do zmywania talerzy. Aldorent wciąż mówił coś o strzyżeniu owiec, więc Derra z grzeczności nie wstawała od stołu i słuchała nieuważnie, w odpowiednich chwilach kiwając głową, uśmiechając się i udając, że opowieść mężczyzny bardzo ją bawi.
Ale tak naprawdę znów pogrążyła się w lekkiej drzemce. Wsunęła drugą dłoń pod łokieć Derry i położyła łagodnie na brzuchu młodszej dziewczyny, ogrom przygniatających ją nieszczęść oraz nadzwyczajną siłę charakteru która pozwoliła jej przetrwać te niezwykle ciężkie chwile. To wszystko, co miałem do powiedzenia, po prostu siedziały w ciszy, wtulone w siebie i złączone dotykiem dłoni, rozkoszując się urokiem życia.
Przypomniała sobie nienawistny szept Katii i to pogardliwe słowo, będące odpowiednikiem quatessińskiego melka. Poczuła się na krótką chwilę dziwnie nieswojo. Czyżby wraz z drastyczną zmianą otoczenia coś odchodziło bezpowrotnie, zostawiając je smutne i już stęsknione za piękną jak senne marzenie niedawną przeszłością, chociaż wciąż znajdujące nawzajem w sobie upodobanie?
-Bardzo się cieszę, że to się tak rozstrzygnęło – odezwała się Derra. – Za kilka dni Aldorent zabiera mnie na badania do Polinii. Mówił ci już o tym, że pewien sławny profesor wprawi mi sztuczne oczy?
-Owszem, mówił, nawet dość sporo.
Tylko tyle. Tylko taka odpowiedź. Żadnego szału szczęścia, żadnego padania sobie w ramiona, żadnych pełnych pasji pocałunków. Formowała się omiędzy nimi jakaś niewidzialna ściana, złożona z niedomówień i obaw.
-Lorano...? – szepnęła cicho z lękiem, który przyprawiał ją o ból serca.
Pozostałe teksciki:
1 2 3 133 134 135 136 137 10353 10354 10355
Teksciki - strona główna
-Przecież to niczeg...
Ten zaś, który przy...
-Owszem, mówił, naw...
Znów milczenie. Wre...
Tylko tyle. Tylko t...
-To kochana dziewcz...
Miał na myśli oboje...
-Powiedziała, że pr...
Udawał, że rozbiera...
A kiedy dziewczyna ...
-Po rozpatrzeniu za...
Przypomniała sobie ...
-Poczekaj, aż twoi ...
Tylko tyle. Tylko t...
-Proszę teraz Wysok...
-Niczym się nie mar...
Jednakże to milczen...
-Jest Timothy Carra...
-Jeśli będę zdrowa,...
Wszystkie teksten
-Przecież to niczeg...
Ten zaś, który przy...
-Owszem, mówił, naw...
Znów milczenie. Wre...
Tylko tyle. Tylko t...
-To kochana dziewcz...
Miał na myśli oboje...
-Powiedziała, że pr...
Udawał, że rozbiera...
A kiedy dziewczyna ...
-Po rozpatrzeniu za...
Przypomniała sobie ...
-Poczekaj, aż twoi ...
Tylko tyle. Tylko t...
-Proszę teraz Wysok...
-Niczym się nie mar...
Jednakże to milczen...
-Jest Timothy Carra...
-Jeśli będę zdrowa,...
Wszystkie teksten